Uproszczenie procedur ślubów "konkordatowych" to kolejny humbug Bękarta Szechterowego Stołu.
Zapowiadane zmiany sugerowały powrót do normalności: państwo miało powoli wycofywać swe cuchnące, czerwone łapy z dziedziny, która powinna być domeną religii, związków wyznaniowych, czy też dobrowolnych umów cywilno-prawnych.
Czy tak się stało? Oczywiście: NIE. Nienasycony w swej pazerności urzędas nie mógł wypuścić z robaczych odnóży ani kawałeczka władzy nad umęczonym pańszczyźnianym niewolnikiem. Stara procedura wymagała wizyty zainteresowanych
